Darmowa dostawa dla każdego zamówienia!

Czy drogo znaczy lepiej? Rozbieram cenę kremu na czynniki pierwsze

Elegancko ułożone butelki i słoiczki kosmetyków do pielęgnacji na czystej powierzchni — jasny marmurowy blat łazienkowy

Stałam kiedyś w drogerii z dwoma słoiczkami kremu w rękach i czułam się kompletnie głupio, bo nie potrafiłam podjąć decyzji. Pojemność prawie taka sama. Opis na etykiecie właściwie identyczny: nawilża, wygładza, redukuje pierwsze zmarszczki. A jednak jeden krem kosztował tyle, co obiad na mieście, drugi tyle, co dobre buty. Różnica w cenie? Dwieście złotych.

Znasz to uczucie, kiedy stoisz i myślisz "skoro to tyle kosztuje, to musi coś w tym być"? Bo ja znam aż za dobrze. Nieraz sięgałam po droższy słoiczek właśnie z tą myślą w głowie, zupełnie nie sprawdzając, czy mam ku temu jakikolwiek konkretny powód.

Cena kremu to nie jest prosta suma składników zamkniętych w tubce.

Szacunkowy udział składowych w cenie kremu - porównanie drogeryjnego i premium
Składowa Drogeria Premium
Surowce i aktywy (formulacja)15-25%5-10%
Opakowanie10-15%15-25%
Marketing i wizerunek marki10-15%25-35%
Dystrybucja i marża sprzedaży30-40%25-35%
Badania i rozwój5-10%5-10%

Płacisz za formułę, owszem, ale też za nazwę wydrukowaną na opakowaniu, za kampanię reklamową, którą oglądałaś w przerwie serialu, i za to niejasne, trudne do nazwania poczucie, że kupujesz kawałek luksusu. Tyle że skuteczność kremu zależy od czegoś zupełnie innego niż metka z ceną. Zależy między innymi od tego, czy substancja aktywna w ogóle przebije się przez barierę naskórka [4]. I to bywa większym problemem niż samo stężenie tej substancji w recepturze [4]. Nie zamierzam bronić żadnej marki ani skreślać drogich kosmetyków w ciemno, bo to byłoby równie nieuczciwe. Chcę po prostu rozłożyć tę cenę na czynniki pierwsze i sprawdzić trzeźwo, po konsumencku, za co ty i ja tak naprawdę płacimy.

Powiązane produkty

AVON Anew Krem nawilżający z SPF50 z witaminą C

30,14 zł
Dostępny

AGIVA

19,34 zł
Dostępny

Problem: prestiż marki wygrywa z rozsądkiem przy kasie

Wiesz co, ta scena przy półce w drogerii powtarza się u mnie z żelazną regularnością. Stoją dwa kremy. Jeden kosztuje 30 złotych, drugi 280 złotych. I zanim w ogóle przeczytam, co jest napisane na opakowaniu, głowa już podjęła decyzję: ten droższy musi być lepszy. Znam to aż za dobrze.

Kiedyś kupiłam krem tylko dlatego, że słoiczek był ciężki, szklany i stał na najwyższej półce. Byłam przekonana, że taki wydatek się obroni, że skóra „poczuje różnicę". Po 3 tygodniach nie zauważyłam nic, czego nie dawał mi wcześniejszy krem za 1/3 tej ceny. Zapłaciłam za wrażenie, nie za efekt.

I to wcale nie jest wyłącznie moja słabość. Badania nad zachowaniami konsumentek pokazują, że przy zakupie kosmetyków do pielęgnacji obok bezpieczeństwa i jakości równie mocno ważą marka i cena, traktowane jako sygnały jakości same w sobie [5]. Marka przestaje być dodatkiem do produktu, dla wielu z nas staje się skrótem myślowym, który zastępuje analizę składu. Bo kto ma czas czytać skład, skoro logo już wszystko obiecało?

Kupujemy kosmetyki także po to, żeby budować i podtrzymywać swój obraz w otoczeniu społecznym [2]. Dlatego prestiż marki potrafi przeważyć nad czystym rachunkiem skuteczności [2]. Cena uruchamia domysł: skoro drogie, to na pewno działa, na pewno ma lepsze składniki, na pewno ktoś to porządnie przebadał. Czasem tak jest. Często nie jest. Cena bywa funkcją opakowania, reklamy i pozycji marki, a nie tego, co realnie wnika w skórę.

(A przecież deklarujemy, że zależy nam na skuteczności, i faktycznie czytamy etykiety coraz częściej [3].) Mimo to przy kasie i tak sięgamy po to, co brzmi drożej i bardziej ekskluzywnie. Rozjeżdżają się dwie rzeczy: to, czym chcemy się kierować, czyli skład i potwierdzone działanie, oraz to, co realnie przechyla decyzję w ostatniej sekundzie, czyli cena jako dowód jakości, nazwa marki, estetyka słoika.

Ten skrót myślowy kosztuje podwójnie. Po pierwsze przepłacasz. Po drugie przestajesz sprawdzać, czy produkt faktycznie robi to, co obiecuje, bo cena „załatwiła" za ciebie ocenę. A to nie kwota na paragonie decyduje, czy zmarszczka się wygładzi.

W kolejnych częściach rozłożę cenę na czynniki pierwsze i pokażę, kiedy dopłata ma sens, a kiedy płaci się wyłącznie za etykietę.

Cena dwóch kremów o podobnym opisie
30 złKrem tańszy280 złKrem droższy
Przykład z drogerii przywołany w artykule
Dane źródłowe
PozycjaWartość
Krem tańszy30 zł
Krem droższy280 zł
Różnica w cenie za niemal identyczny opis
200
Różnica w cenie
Dwa kremy o podobnej pojemności i deklaracjach
Dane źródłowe
PozycjaWartość
Różnica w cenie200 zł

Za co naprawdę płacisz - cena rozłożona na części

Pamiętam swój pierwszy "poważny" krem tak dobrze, jakby to było wczoraj. Ciężki szklany słoik, złota pompka, wszystko dopasowane, żeby wyglądało jak coś z gabinetu kosmetycznego, a nie z drogerii.

Ważył w dłoni jak coś drogocennego.

Dopiero później zrozumiałam, że za ten ciężar i chłód szkła zapłaciłam osobno. I wcale niemało.

Bo tak to działa. Kupujesz krem za 200 złotych i gdzieś w głowie masz pytanie, gdzie w tej cenie siedzi w ogóle substancja, która ma coś zrobić z twoją skórą. Odpowiedź bywa rozczarowująca: formulacja, czyli surowce, stężenie aktywów, cała ta chemia i biologia, która realnie wpływa na cerę, to zwykle najmniejsza pozycja na liście kosztów. Reszta to opakowanie, marketing, dystrybucja i marża.

Sam słoik potrafi kosztować więcej niż to, co w nim siedzi.

Nie znaczy to jednak, że drogie składniki nie istnieją, bo istnieją, i to naprawdę. Znalezienie i rozwinięcie nowego naturalnego aktywu to długi, kosztowny proces: pozyskanie surowca, techniki ekstrakcji, testy, które potwierdzają to, co potem ląduje na etykiecie [3]. Podobnie zaawansowane systemy nośnikowe, jak liposomy poprawiające wnikanie substancji w głąb skóry, to realny koszt technologiczny, nie fanaberia marketingowa [4]. Problem w tym, że taki składnik zwykle stanowi ułamek ceny końcowej. Poniżej szacunkowy rozkład, poglądowe proporcje, nie dane z laboratorium jednej konkretnej marki. Ale kierunek jest wymowny.

Szacunkowy udział składowych w cenie kremu - porównanie drogeryjnego i premium
Składowa Drogeria Premium
Surowce i aktywy (formulacja)15-25%5-10%
Opakowanie10-15%15-25%
Marketing i wizerunek marki10-15%25-35%
Dystrybucja i marża sprzedaży30-40%25-35%
Badania i rozwój5-10%5-10%

Im wyżej wchodzisz w segment premium, tym większy kawałek tortu zjada wizerunek marki, nie tygiel z aktywami. Analizy trendów pokazują, że uwaga branży coraz częściej przesuwa się od skuteczności składnika ku marketingowi zorientowanemu na konsumenta [6]. To nie oznacza, że płacisz wyłącznie za powietrze w słoiku. Ale zdecydowanie warto wiedzieć, ile z twoich pieniędzy trafia realnie do środka, a ile do reklamy, która w ogóle przekonała cię do zakupu.

Skuteczność vs obietnica: co decyduje, że kosmetyk działa

Drogeryjny krem z dobrze dobranym nośnikiem potrafi przebić kosmetyk 3 razy droższy, w którym aktyw ma świetny rodowód, ale kompletnie nie ma jak wniknąć w skórę. Bo o skuteczności decyduje chemia, nie metka na słoiczku. Liczą się 3 rzeczy: rodzaj składnika aktywnego, jego stężenie i to, w czym został zapakowany, i to one robią całą robotę. Największy problem większości formuł polega na tym, że aktywne cząsteczki słabo przenikają przez naskórek, część z nich po prostu zostaje na powierzchni skóry zamiast dotrzeć tam, gdzie miałyby coś zdziałać [4]. Dlatego producenci sięgają po nośniki liposomowe, systemy pęcherzykowe oparte na fosfolipidach opracowano właśnie po to, żeby zwiększyć penetrację aktywnych molekuł w głąb skóry [4]. To nie marketingowy ozdobnik, tylko realna różnica między składnikiem, który działa, a takim, który tylko ładnie brzmi na opakowaniu.

Druga sprawa to obietnice z etykiety. Hasła w stylu „anti-age", „redukuje zmarszczki" czy „wygładza w 7 dni" powinny opierać się na rzetelnych testach i wiarygodnych wynikach, tylko wtedy claim ma jakiekolwiek pokrycie [3]. Powinny. W praktyce badania nad kosmetykami przeciwstarzeniowymi coraz mocniej przesuwają się od oceny skuteczności składników w stronę marketingu zorientowanego na konsumenta [6]. Czyli mniej dowodzenia, że działa, więcej opowiadania, że działa.

Pamiętam serum, które kupiłam głównie dla obietnicy „widoczna poprawa po 2 tygodniach". Skończyła się buteleczka, minął miesiąc, a moja skóra nie zauważyła różnicy. Byłam wtedy przekonana, że to moja wina, za rzadko, za mało.

Dziś czytam skład, sprawdzam stężenia i nośnik, zanim uwierzę w cyfrę na froncie opakowania. Obietnica jest darmowa. Skuteczność nie.

Marketing, który kupujemy razem z kremem

Szczerze? Mam już serdecznie dość haseł na słoiczkach, które brzmią jak obietnica cudu, a znaczą dokładnie tyle co nic. „Naturalne”, „anti-age”, „dermatologicznie testowane” - te trzy zwroty łapię wzrokiem, zanim jeszcze zdążę odkręcić nakrętkę, i przez lata byłam przekonana, że to jakaś gwarancja jakości. Nie była.

Bo żadne z tych haseł nie mówi ci, ile aktywnego składnika naprawdę siedzi w formule, ani czy to stężenie ma w ogóle szansę cokolwiek zdziałać na twojej skórze, a nie tylko ładnie wyglądać w tabelce składu. To są komunikaty sprzedażowe, nie wyniki badań, i im dłużej się tym tematem bawię, tym bardziej widzę, że cała branża zdaje sobie z tego sprawę lepiej niż niejedna konsumentka. Analiza koreańskich prac nad anti-agingiem, robiona metodą text miningu, objęła 93 abstrakty i pokazała coś, co mnie osobiście trochę zmartwiło: punkt ciężkości badań przesunął się z pytania o skuteczność składników w stronę badań konsumenckich i strategii marketingowych [6]. „Marketing” i „konsument” wyszły jako pojęcia centralne, obok „skóry” i „oceny skuteczności” [6]. Czyli mówiąc wprost, coraz więcej energii idzie w to, jak to sprzedać, a nie w to, czy to w ogóle działa. I nie, deklaracja „anti-age” nie jest z definicji pusta, ale powinna mieć pokrycie w czymś więcej niż ładna czcionka na etykiecie. Badacze pracujący nad naturalnym składnikiem z liści dębu omłocznego, Quercus pubescens, sami zauważają, że konsumenci coraz uważniej czytają etykiety i oczekują realnej skuteczności [3], a argumenty typu „anti-age” czy „anti-pollution” muszą się opierać na rzetelnych testach i wiarygodnych wynikach, nie na sile hasła [3]. I tu w praktyce różnica między marką, która pokazuje dane, a marką, która tylko drukuje hasło, bywa całą różnicą, za którą płacisz przy kasie.

Najbardziej zwodzą mnie składniki-gwiazdy. Pojawia się modna cząsteczka, robi się wokół niej szum, a dowody zostają gdzieś daleko z tyłu, próbując dogonić hype. Tak było choćby z kannabidiolem, czyli CBD, które zyskało popularność błyskawicznie i bywa reklamowane tak, jakby wpływało na najróżniejsze funkcje organizmu naraz. A przecież CBD to substancja psychoaktywna o wielu efektach biologicznych, nie jakiś niewinny dodatek do dobrego samopoczucia, i badacze wyraźnie to podkreślają [1]. Sam fakt, że coś jest na ustach wszystkich, nie jest dowodem, że robi to, co obiecuje.

Mam w szafce serum kupione wyłącznie dla jednego modnego składnika wypisanego dużymi literami na froncie opakowania. Używałam go dwa miesiące. Efekt? Żaden. Ani gorzej, ani lepiej, po prostu nic. I to mnie w sumie nauczyło więcej niż niejeden poradnik: hasło z etykiety czytam teraz jako pytanie, nie jako odpowiedź. Gdzie są dane? Jakie stężenie? Czy to w ogóle ma szansę przeniknąć do skóry? Dopiero po odpowiedzi na te pytania sięgam po portfel.

Rozwiązanie krok po kroku: jak oceniać stosunek jakości do ceny

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego jeden krem kosztuje 40 zł, a drugi 400 zł, i czy ta różnica w ogóle ma sens? Ja zadaję sobie to pytanie za każdym razem, gdy stoję przy półce z kosmetykami i mam ochotę kupić coś "bo ładnie wygląda".

Zaczynam zawsze od odwrócenia opakowania. Skład INCI to lista uszeregowana według malejącego stężenia, więc im wyżej dany składnik się znajduje, tym więcej go w formule. Jeśli obiecywany aktyw, retinol, niacynamid, witamina C, siedzi gdzieś między substancjami zapachowymi a konserwantami, na samym końcu listy, to znaczy, że kupujesz głównie bazę i marketing. Producenci doskonale wiedzą, że klientki czytają etykiety, dlatego coraz częściej podają konkretne procenty. Świadoma konsumentka skrupulatnie sprawdza te informacje i szuka realnego potwierdzenia obietnic z opakowania [3].

Sam procent stężenia jednak nic mi nie mówi. Ta sama witamina C w byle jakiej formule utleni się szybciej, niż zdążysz ją wchłonąć, a dobrze zaprojektowany nośnik potrafi zmienić wszystko. Systemy liposomowe i inne nośniki fosfolipidowe zwiększają przenikanie aktywów przez skórę, bo słaba biodostępność to jedna z głównych bolączek kosmetyków z aktywami [4]. I tu dochodzimy do sedna: 10% składnika, który nigdzie nie dociera, przegrywa z 5% w mądrze zaprojektowanej formule.

Efektowne pudełko? Ignoruję. Pamiętam ciężki, szklany słoik kremu, który wyglądał jak biżuteria na półce, kusił, prawda? Po miesiącu okazało się, że dopłaciłam za grubą ściankę i złocony wieczek, nie za skuteczność.

Teraz liczę cenę za mililitr aktywnej formuły, nie za gram opakowania. Sprawdzam pozycję aktywu na liście INCI, czy mieści się w pierwszej połowie składu. Szukam podanego stężenia i informacji o nośniku. Przeliczam cenę na mililitr, nigdy na sztukę. Weryfikuję claimy, bo hasło "anti-age" samo w sobie nic nie znaczy, dopóki nie stoją za nim testy [3].

Zanim kupię pełne opakowanie, zawsze testuję próbki. Tydzień na małym fragmencie skóry mówi mi więcej niż każdy opis na stronie producenta.

Nie ulegam limitowanym edycjom. Badania nad tym rynkiem pokazują wyraźne przesunięcie od realnej skuteczności składników ku marketingowi zorientowanemu na konsumenta [6], a "edycja specjalna" bywa właśnie takim zabiegiem: ta sama formuła, nowa szata, wyższa cena.

Byłam kiedyś przekonana, że świąteczna wersja mojego ulubionego serum musi być lepsza, bo przecież ograniczona, wyjątkowa, w złotej buteleczce.

Nie była lepsza. Skład był identyczny.

Kiedy dopłata ma sens, a kiedy to czysty prestiż

Nie każda złotówka ponad średnią to od razu strata, choć długo tak myślałam. Ja czasem dopłacam świadomie i wiem, za co konkretnie płacę, najczęściej za sam nośnik. Bo jak składnik aktywny jest zamknięty w systemie fosfolipidowym, który realnie poprawia jego przenikanie w głąb skóry, to dostaję coś więcej niż ładny słoiczek [4]. Słaba penetracja to jedna z głównych bolączek kosmeceutyków, a formuła, która ten problem rozwiązuje, ma prawo kosztować więcej [4]. Podobnie z retinolem i witaminą C, składnikami niestabilnymi, które w tanim, źle zabezpieczonym wydaniu mogą się utlenić, zanim zużyjesz połowę opakowania.

I tu mała dygresja, bo pamiętam krem za grube pieniądze, który po rozłożeniu na INCI okazał się dokładnie tym samym co apteczna maź trzy razy tańsza, te same tłuszcze, ten sam efekt na moich łuszczących się zimą łokciach. Byłam wtedy lekko wkurzona, że tak łatwo dałam się nabrać na nazwę.

Skóra nie czyta etykiety, czyta formułę.

Stabilna formuła, opakowanie chroniące przed światłem i powietrzem, dobra tolerancja na skórze wrażliwej, to realna wartość, nie mit. Ale marketingowe obietnice muszą się opierać na rzetelnych testach, żeby cokolwiek znaczyły [3]. Marka bywa dla nas ważna przy zakupie [5], jasne, sama to czuję, ale za nawilżenie bariery skórnej przy zwykłych emolientach nie ma sensu przepłacać. Przy filtrach patrzę na fotostabilność i komfort aplikacji, nie na logo na tubce.

Rezultat: świadoma półka zamiast impulsywnego koszyka

Cisza na półce. Serio, to najlepszy efekt tego całego liczenia ceny na czynniki pierwsze.

U mnie zniknęły 3 kremy, które trzymałam tylko dlatego, że ładnie stały (żal mi ich, ale trudno). Zostały te, które realnie coś robią, bo mają aktywy zamknięte w nośnikach fosfolipidowych poprawiających przenikanie przez skórę [4], w stężeniu, które w ogóle ma szansę zadziałać [4].

Deklaracje anti-age muszą mieć za sobą testy, a nie tylko ładne opakowanie [3], a marki wiedzą, że coraz uważniej patrzymy im na ręce [5].

Ile z ceny to skład, a ile prestiż marki i kampania [6]? Wystarczą 4 pytania, żeby koszyk przestał być impulsem, a stał się decyzją.

← Wróć do bloga