Darmowa dostawa dla każdego zamówienia!

Krem z filtrem SPF: 7 mitów, które kosztują Cię zdrową skórę

Porcja białego kremu na beżowej powierzchni obok zwiniętego szarego ręcznika.

Żaden krem przeciwzmarszczkowy, żadna seria zabiegów w gabinecie ani najlepszy suplement nie dorówna skuteczności zwykłego filtra, nakładanego codziennie, bez wyjątków. Wiem, brzmi banalnie. Ale fotostarzenie, te zmarszczki, utrata elastyczności, przebarwienia, które tak nas straszą, to w dużej mierze efekt sumujących się dawek promieniowania UV, a nie samego upływu lat. Systematyczne przeglądy badań pokazują, że regularna fotoprotekcja nie tylko zapobiega tym zmianom, ale potrafi częściowo cofnąć już istniejące oznaki [1]. To rzadki przypadek w dermatologii, żeby tak tania i dostępna interwencja miała aż takie pokrycie w dowodach. I właśnie dlatego mnie korci ten temat (bo szczerze, ile razy można pisać o retinolu?). Wokół filtrów przeciwsłonecznych narosło więcej mitów niż wokół niejednego "cudownego" składnika aktywnego. Ludzie wybierają za niskie SPF. Nakładają zbyt cienką warstwę. Chowają krem z filtrem po wakacjach, jakby słońce we wrześniu przestawało istnieć. Wierzą, że garść antyoksydantów zastąpi ochronę przeciwsłoneczną. Czy któraś z tych rzeczy dotyczy Cię? Każde z tych przekonań brzmi rozsądnie, a każde po cichu okrada skórę ze zdrowia. W tym artykule rozkładam siedem najczęstszych mitów na pary mit-fakt, po każdym potocznym przekonaniu pokazując to, co realnie wynika z badań. Wyjaśniam różnicę między ochroną UVB a UVA, dlaczego liczy się nie tylko liczba SPF, ale też ilość produktu i reaplikacja [1], jak naprawdę wygląda spór filtry mineralne kontra chemiczne [2] oraz gdzie kończy się rola antyoksydantów jako wsparcia, a nie zamiennika ochrony [5]. Na koniec dostajesz gotowy protokół fotoprotekcji, żeby to wszystko zadziałało w praktyce, a nie tylko w teorii.

Powiązane produkty

Mit: „SPF chroni przed wszystkim, co robi słońce" → Fakt: SPF mierzy tylko UVB, o UVA mówi co innego

Trzy typy promieniowania. Tyle emituje słońce: UVA, UVB i UVC [4]. I to jest pierwsza rzecz, która mnie zszokowała, kiedy zaczęłam czytać składy i etykiety krem po kremie, bo długo byłam przekonana, że SPF to jeden wielki parasol nad głową.

UVC w ogóle nie dociera do nas, bo zatrzymuje je atmosfera. Do skóry dociera UVA i UVB, i to jest cała różnica.

Zakres Co robi ze skórą Kiedy działa
UVB Rumień, oparzenia słoneczne - najbardziej widoczny efekt ekspozycji Głównie latem i w środku dnia
UVA Wnika głębiej, odpowiada za fotostarzenie i przebarwienia Całorocznie, przenika przez chmury i szyby

SPF, czyli Sun Protection Factor, to wskaźnik, który mówi wyłącznie o ochronie przed UVB [4]. Konkretnie: o ile dłużej twoja skóra jest chroniona przed rumieniem niż bez filtra. Cała reszta, czyli UVA, zostaje poza tym równaniem. SPF po prostu nie mówi o niej nic. A UVA działa cicho, latami, i efekt widzisz nie od razu w postaci oparzenia, ale po czasie, w postaci zmarszczek i nierównego kolorytu. Te dwa promieniowania działają inaczej i wnikają na różną głębokość skóry, więc traktowanie ich jako jednego zagrożenia to błąd, który sama długo popełniałam.

Jak sprawdzić, czy krem faktycznie zajmuje się też UVA? Szukam na opakowaniu trzech rzeczy:

  • oznaczenia „broad-spectrum" (szerokie spektrum)
  • symbolu PA z plusami
  • wartości PPD

Dopiero produkt szerokopasmowy realnie zabezpiecza przed pełnym spektrum promieniowania, a pełne spektrum to właśnie to, co robi skórze krzywdę. Naukowcy nie stoją w miejscu i pracują teraz nad standardami ochrony, które obejmą też światło widzialne i podczerwień [2]. Więc to, co dziś wydaje się kompletną ochroną, za jakiś czas może okazać się tylko połową historii.

Mit: „Wyższe SPF to nadmiar, wystarczy niska liczba" → Fakt: minimum to broad-spectrum SPF 30, a kluczowa jest ilość

No i tu leży pierwszy błąd, o którym mówię znajomym przy każdej okazji.

SPF to nie jest jakiś magiczny wskaźnik czasu, przez który możesz siedzieć na słońcu bez ryzyka, tylko liczba mówiąca wyłącznie o tym, jaki procent promieniowania UVB zostaje zablokowany, i tu robi się ciekawie: SPF 15 zatrzymuje ok. 93% UVB, SPF 30 już 97%, a SPF 50 tylko odrobinę więcej, 98%, więc różnica między 30 a 50 wygląda na czysto kosmetyczną, ale uwaga, te procenty pochodzą z laboratorium, gdzie preparat nakłada się w pełnej, wystandaryzowanej dawce, a w realnym życiu nakładamy go zwykle o połowę za mało, więc wybierając wyższą liczbę, dajesz sobie realny margines bezpieczeństwa, bo codzienne stosowanie filtra o szerokim spektrum, najlepiej SPF 30 lub wyższego, to sprawdzona strategia zapobiegania fotostarzeniu [1], a podstawą ochrony pozostaje sam czynnik SPF razem z ograniczeniem nadmiernej ekspozycji na słońce [4].

Ile UVB zatrzymuje filtr według wartości SPF
93%SPF 1597%SPF 3098%SPF 50
Procent blokowanego promieniowania UVB w warunkach laboratoryjnych [1]
Dane źródłowe
PozycjaWartość
SPF 1593%
SPF 3097%
SPF 5098%

Bo tu nie liczba na tubce robi różnicę, liczy się ilość, którą faktycznie rozprowadzisz po skórze. Deklarowaną ochronę dostajesz tylko przy dawce ok. 2 mg/cm², a na twarz i szyję to mniej więcej pełna łyżeczka, czyli 2-2,5 ml, do tego osobno uszy, kark i dekolt, bo te miejsca zawsze się zapomina. Nakładasz zbyt cienką warstwę i twój SPF spada nawet o połowę, więc oszczędnie rozsmarowany SPF 50 daje słabszą ochronę niż porządnie nałożony SPF 30.

Mit: „Raz nałożony krem działa cały dzień" → Fakt: bez reaplikacji ochrona spada do zera

Szczerze? Ten mit wkurza mnie najbardziej z całej listy, bo sama przez lata w niego wierzyłam i smarowałam się raz rano, wychodziłam na cały dzień i czułam się bezpieczna. Później się dowiedziałam, że to czysta iluzja.

Warstwa filtra na skórze nie jest jakąś tarczą, która trzyma przez 8 godzin bez zmian. Zużywa się na kilka sposobów jednocześnie, i to naraz, nie po kolei. Pot rozpuszcza i spłukuje część produktu. Woda i tarcie o ubranie czy ręcznik ścierają filtr mechanicznie, więc każde otarcie ręcznikiem po kąpieli w morzu to realny ubytek ochrony. A do tego filtry organiczne rozkładają się pod wpływem promieniowania, to zjawisko fotodegradacji, po prostu przestają działać po jakimś czasie na słońcu [5]. Nowoczesne formulacje próbują to poprawiać, bo nawet najlepsza cząsteczka nic nie warta, jeśli traci skuteczność po godzinie [2].

Harmonogram reaplikacji jest w sumie prosty, tylko trzeba go stosować, a nie tylko znać:

  • co 2 godziny przy ekspozycji na słońce, niezależnie od tego, co obiecuje SPF na etykiecie,
  • po każdej kąpieli, nawet gdy krem miał być wodoodporny,
  • po intensywnym poceniu i po wytarciu skóry ręcznikiem.

Jest jeszcze druga sprawa, którą prawie nikt nie liczy. Realną ochronę osiągasz przy grubości warstwy około 2 mg/cm², czyli mniej więcej łyżeczka na twarz i szyję. Nakładając cienko, obniżasz faktyczną ochronę wielokrotnie, a krem z etykiety SPF 50 zaczyna wtedy działać na poziomie kilkunastu. Odczyt z opakowania obowiązuje tylko wtedy, gdy dawka jest właściwa i regularnie odnawiana [1].

I tak sobie myślę, ile razy przez lata nakładałam ledwo cień produktu, myśląc, że robię wszystko dobrze.

Mit: „Filtry mineralne są zawsze lepsze i bezpieczniejsze niż chemiczne" → Fakt: obie grupy działają, liczy się formulacja

Wiesz co, ten podział na „mineralne dobre, chemiczne złe" to jedna z tych plotek, które rozniosły się po internecie i już nikt nie chce ich odwołać. Bo brzmi prosto, chwytliwie, łatwo się nią dzielić w komentarzach. Tylko że nie ma pokrycia w danych. Obie grupy filtrów, i mineralne, i organiczne (te potocznie zwane chemicznymi), realnie chronią przed promieniowaniem UV. Różnią się mechanizmem działania, tym jak leżą na skórze, jak długo są stabilne pod wpływem światła, ale nie tym, czy w ogóle działają. Filtry mineralne, czyli tlenek cynku i dwutlenek tytanu w klasycznej formie, osiadają głównie na powierchni skóry i tam częściowo odbijają, a częściowo pochłaniają promieniowanie. Filtry organiczne działają inaczej, absorbują energię UV i rozpraszają ją dalej jako ciepło. Jedno nie jest z natury „bezpieczniejsze" od drugiego, po prostu inaczej pracuje. Klasyczne mineralne mają swój odwieczny problem, czyli efekt bielenia, który wychodzi szczególnie brutalnie na ciemniejszej karnacji.
Przezierność światła widzialnego dwuwymiarowego dwutlenku tytanu
99%
Przezierność światła widzialnego
Nowoczesny filtr mineralny chroni przed UV bez efektu bielenia [2]
Dane źródłowe
PozycjaWartość
Przezierność światła widzialnego99%
Z drugiej strony nowoczesne filtry organiczne, te rozwijane w ostatnich latach, mają wyraźnie poprawioną fotostabilność, czyli mniej się rozpadają pod wpływem światła [2]. A ten zarzut o „toksyczności" nanocząstek w filtrach mineralnych, który tak dobrze się sprzedaje w nagłówkach? Nie znajduje potwierdzenia. Pojawiają się już nowe nieorganiczne nanomateriały z lepszym profilem bezpieczeństwa, na przykład dwuwymiarowy dwutlenek tytanu, który daje ponad 99% przezierności światła widzialnego, zachowując przy tym ochronę UV [2]. Czyli chroni bez tego charakterystycznego bielenia. Dla tych najnowszych rozwiązań wciąż brakuje pełnych danych o bezpieczeństwie długoterminowym, i to jest jedna z luk, które literatura wprost wskazuje [2]. Ja z tego wyciągnęłam prosty wniosek dla siebie: wybieram filtr po tym, jak się nakłada, jak wchodzi w skórę i czy w ogóle chce mi się go używać codziennie, a nie po etykietce „mineralny kontra chemiczny".

Mit: „Krem z filtrem to kosmetyk letni, tylko na plażę" → Fakt: to całoroczna profilaktyka fotostarzenia i przebarwień

Przez lata byłam przekonana, że krem z filtrem to coś, co wkładam do kosmetyczki tylko wtedy, kiedy jedzie się nad morze albo w góry. Latem smar na twarz, zimą… no przecież nie ma słońca, więc czego się bać. I właśnie w tym momencie robiłam ten sam błąd, który robi mnóstwo kobiet, bo myślałam wyłącznie o UVB, czyli tym promieniowaniu, które parzy skórę i faktycznie jest najsilniejsze latem i w górach. Problem w tym, że UVB to tylko część układanki. Za to, jak moja skóra będzie wyglądać za dziesięć lat, odpowiada głównie UVA, promieniowanie długofalowe, które przenika przez chmury i przez szybę w oknie. I które, co mnie zresztą zaskoczyło, ma natężenie względnie stabilne przez cały rok, także zimą i w pochmurny dzień.

Efekt tej całej ekspozycji na UV nie jest jednorazowy, nie chodzi o to, że skóra się zaczerwieni i po problemie. To są zmiany, które się kumulują latami: zmarszczki, utrata elastyczności, przebarwienia [1]. Razem składają się na tę „zmęczoną” cerę, którą tak łatwo rozpoznać na pierwszy rzut oka.

I te zmiany rozwijają się bez znaczenia, czy leżysz na leżaku, czy siedzisz w biurze przy oknie. Dlatego fotoprotekcja to działanie całoroczne, przeciw fotostarzeniu, fotodermatozom i fotokancerogenezie [4].

Sprawdzoną strategią jest codzienne stosowanie preparatu broad-spectrum o SPF 30 lub wyższym [1]. Nie od święta, nie od maja do września.

Traktuję filtr jak stały punkt rutyny na dzień, nie jak sezonowy dodatek do walizki wakacyjnej.

Mit: „Filtr blokuje witaminę D i szkodzi zdrowiu" → Fakt: realny wpływ jest niewielki, a korzyści przeważają

Pamiętam popołudnie, kiedy stałam w drogerii z kremem z filtrem w jednej ręce i telefonem w drugiej, bo akurat czytałam artykuł o tym, że SPF „blokuje” witaminę D i w ogóle szkodzi. I pomyślałam sobie: no super, teraz jeszcze to. Bo logika wydawała się prosta: filtr pochłania promieniowanie UVB, a to właśnie UVB uruchamia w skórze syntezę witaminy D. Skoro tak, to codzienne smarowanie kremem powinno prowadzić do niedoboru, prawda? No właśnie nie do końca. Bo w praktyce ta zależność jest dużo słabsza, niż podszepnie intuicja. Analizy tego, jak filtry wpływają na produkcję witaminy D, pokazują coś, co mnie samą zaskoczyło: realistyczne, „domowe” stosowanie kremu, czyli cieńszą warstwą niż w warunkach laboratoryjnych i bez tej pełnej, książkowej reaplikacji, nie prowadzi do klinicznie istotnego spadku poziomu witaminy D [4]. Innymi słowy, to co robisz codziennie, nakładając filtr niedokładnie, w pośpiechu, zapominając o odświeżeniu po kilku godzinach, wcale nie zamyka skórze drogi do syntezy. Zwykła ekspozycja przy codziennych czynnościach, przejście do pracy, przerwa na kawę na zewnątrz, spacer z psem, i tak dostarcza skórze wystarczającą dawkę UVB. Nawet z filtrem na twarzy. (Czy to znaczy, że można się tym nie martwić w ogóle? No nie, ale na pewno nie oznacza to, że trzeba się celowo opalać, żeby „dopełnić limit” witaminy D.) Bo jeśli badanie krwi pokaże niski poziom, rozwiązaniem jest suplementacja doustna, nie rezygnacja z ochrony i granie w słońcu na zasadzie, że przecież to dla zdrowia. Efektów działania promieniowania UV nie da się później „nadrobić” tabletką, bo to nie działa w tę stronę. Warto sobie uświadomić, z czym tu naprawdę gramy. Ekspozycja na UV to przede wszystkim fotokarcynogeneza i fotoimmunosupresja, czyli osłabienie miejscowej odpowiedzi odpornościowej skóry, które sprzyja rozwojowi nowotworów [4]. Konsekwentna fotoprotekcja, razem z unikaniem nadmiernego słońca, odzieżą, kapeluszem i okularami, realnie zmniejsza liczbę przypadków niektórych raków skóry [4]. Szczególnie dotyczy to dzieci i osób z obniżoną odpornością, u których ochrona przeciwsłoneczna powinna być priorytetem [4]. U nich bilans korzyści i ryzyka wypada jednoznacznie na rzecz codziennego filtra, bez żadnego „ale”. A jeśli mimo wszystko wyjdzie niedobór witaminy D, koryguje się go dietą i suplementacją, pod kontrolą wyników badań. Nie odstawianiem kremu.

Mit: „Antyoksydanty w kremie zastąpią filtr" → Fakt: to wsparcie, nie zamiennik ochrony

Kupujesz krem z filtrem, widzisz na etykiecie witaminę C, E, może jeszcze ferulic acid albo resweratrol, i myślisz: super, mam podwójną ochronę. No właśnie nie do końca. Sama długo byłam przekonana, że te antyoksydanty robią to samo co filtr, tylko "od drugiej strony".

A one nie tworzą żadnej bariery. Nie odbijają UV, nie pochłaniają UV.

Działają dopiero wtedy, kiedy promieniowanie już zdążyło namieszać w skórze. Neutralizują wolne rodniki, które powstają pod wpływem UV, zmniejszają stres oksydacyjny i tłumią stan zapalny prowadzący do fotostarzenia [5]. To realna robota, tylko inna niż filtr.

I tu ciekawostka, która mnie samą zaskoczyła: niektóre naturalne antyoksydanty działają jak SPF booster. Stabilizują filtry chemiczne, które lubią się rozpadać pod wpływem światła, wydłużają ich skuteczność w trakcie ekspozycji i poprawiają ochronę w zakresie długofalowego UVA, tam gdzie klasyczne filtry bywają słabsze [5].

Nowszy kierunek to enzymy naprawy DNA, fotoliaza, endonukleaza V (T4N5), 8-oksoguanina glikozylaza. To fotoprotekcja aktywna, nie blokują promieniowania, tylko naprawiają uszkodzenia DNA, które UV już wywołało, wspierając naturalne mechanizmy naprawcze skóry. Badania kliniczne pokazują ich potencjał w redukcji rogowacenia słonecznego, przebarwień i oznak fotostarzenia [6].

Ale to wszystko druga linia. Bez filtra o odpowiednim SPF i szerokim spektrum antyoksydanty i enzymy naprawcze po prostu nie mają czego wspierać.

Praktyczny protokół fotoprotekcji: jak łączyć filtr z resztą pielęgnacji

Filtr nie działa w próżni. To element rutyny, który musi zgrywać się z resztą pielęgnacji, inaczej sam sobie nie poradzi.

Cera tłusta i mieszana lepiej znosi lekkie żele i fluidy, sucha i wrażliwa woli kremowe emulsje z substancjami nawilżającymi, a skóra reaktywna, tak jak moja, najczęściej wybiera formuły mineralne (tu akurat mówię z autopsji, bo przez lata szukałam formuły, która nie będzie mnie piekła przy myciu twarzy). Ciekawe jest to, że grupa filtra ma mniejsze znaczenie niż komfort noszenia i jakość samej formulacji [2], więc przestań gonić za magicznym składem chemicznym czy mineralnym, bo to nie tam leży sedno sprawy. Rano warstwuję produkty od najlżejszego do najcięższego: oczyszczenie, serum antyoksydacyjne nałożone przed filtrem, bo neutralizuje rodniki, których sam filtr nie zatrzyma, choć go nie zastępuje [5], opcjonalnie krem nawilżający, a na końcu filtr broad-spectrum SPF 30+ w odpowiedniej ilości.

Konsekwentne noszenie filtra o szerokim spektrum, najlepiej SPF 30 lub wyższym, to udokumentowana strategia przeciw fotostarzeniu, a część zmian potrafi się nawet częściowo cofnąć [1].

Sam filtr to jednak nie wszystko. Dołóż długi rękaw, kapelusz z rondem, okulary przeciwsłoneczne i cień w godzinach najsilniejszego słońca, bo taki zestaw ogranicza ryzyko poparzeń i nowotworów skóry skuteczniej niż każdy element osobno [4].

← Wróć do bloga