Darmowa dostawa dla każdego zamówienia!

„Naturalne" kontra „chemia": rozbieram składniki kosmetyków na czynniki pierwsze

Elegancko ułożone butelki i słoiczki kosmetyków do pielęgnacji na czystej powierzchni - drewniana półka w naturalnym świetle z odrobiną zieleni

Przez lata moje zakupy kosmetyczne wyglądały prosto: szukam napisu „naturalne”, omijam „chemię”. Listek na opakowaniu albo hasło „bez parabenów” wystarczały, żeby poczuć się bezpiecznie i odłożyć produkt do koszyka bez dalszego zastanowienia. Dopiero jak zaczęłam czytać całą listę INCI, nie tylko przód etykiety z ładnymi obrazkami, ten podział na kosmetyki dobre i złe zaczął mi się sypać w rękach.

Bo weźmy kamforę. Naturalna jak mało co, pozyskiwana z drzewa kamforowego przez destylację parową, używana od stuleci (brzmi jak coś z bajki, prawda?). A mimo to dorobiła się całkiem sporej listy ostrzeżeń przy stosowaniu na skórę [5]. Podobnie roślinny ekstrakt, ten sam, który na opakowaniu wygląda niewinnie, potrafi uczulać tak samo skutecznie jak niejeden syntetyk. Ładnie brzmiący olejek zapachowy? Bywa realnym alergenem.

Z drugiej strony konserwanty, te „sztuczne dodatki”, których się boimy, chronią kosmetyk pełen wody i składników odżywczych przed tym, żeby nie zamienił się w pożywkę dla bakterii. Branża zresztą sama szuka naturalnych alternatyw antybakteryjnych, na przykład ekstraktów roślinnych ograniczających wzrost drobnoustrojów w formulacjach [6].

Coraz mniej wierzę w hasła „clean” i „free-from”. Zamiast tego zadaję sobie 3 pytania: jaki to składnik, w jakim stężeniu, co mówią o nim badania. W tym tekście rozłożę to wszystko na czynniki pierwsze, dlaczego „wszystko jest chemią”, roślinne alergeny, kamforę, marketing „bez chemii” i tabelę, która podpowie, co komu się przyda.

Powiązane produkty

Wszystko jest chemią - dlaczego sam podział nie ma sensu

Szczerze? Mam już dość tego słowa „naturalne” wypisanego wielkimi literami na przodzie opakowania. Jakby samo w sobie coś gwarantowało. Za każdym razem, kiedy je widzę, mam ochotę odwrócić butelkę i sprawdzić, co tak naprawdę w środku siedzi.

Bo prawda jest taka, że wszystko, co wcierasz w skórę, jest chemią. Woda to H₂O, kwas hialuronowy to długi łańcuch cząsteczek cukru, a ekstrakt z rumianku, który brzmi tak niewinnie, to w rzeczywistości mieszanina kilkudziesięciu związków: flawonoidów, olejków, kwasów. Podział na „naturalne” i „chemiczne” brzmi kojąco, ale kompletnie nic nie mówi o tym, czy dany kosmetyk ci zaszkodzi.

O bezpieczeństwie nie decyduje pochodzenie, tylko dawka i profil toksykologiczny konkretnej substancji.

Ten sam ekstrakt roślinny bywa i cudowny, i drażniący, zależnie od stężenia i tego, jak zareaguje na niego twoja skóra.

Weźmy kamforę. Można ją pozyskać z drzewa kamforowego przez destylację parą wodną, ale równie dobrze powstaje syntetycznie z terpentyny [5]. I teraz pytanie: jak myślisz, cząsteczka z jednego i drugiego procesu różni się czymkolwiek? Nie różni się niczym, jest identyczna. Naprawdę wydaje ci się, że twoja skóra rozpozna, z którego drzewa pochodzi ten konkretny atom?

Dlatego dawno przestałam pytać „czy to naturalne?”. Pytam „jak to działa i w jakim stężeniu?”. Bo badacze zresztą robią dokładnie to samo, oceniają ekstrakty roślinne tak samo surowo jak składniki syntetyczne. Testują cytotoksyczność na komórkach skóry, sprawdzają, czy podnoszą poziom reaktywnych form tlenu, mierzą podrażnienie. W jednym z badań ekstrakty z grzybów, reishi, maitake i soplówki, nie zwiększały ROS ani w fibroblastach, ani w keratynocytach [3]. I dopiero ten brak wzrostu ROS pozwolił uznać je za bezpieczne. Nie sam fakt, że są „z natury”.

Moja zmiana myślenia zaczęła się od kremu reklamowanego jako w 100% naturalny. Byłam przekonana, że skoro roślinny, to musi być łagodny. Skończyło się pieczeniem pod oczami, które pamiętam do dziś. Od tamtej pory czytam skład, a nie hasło z frontu opakowania.

Roślinne nie znaczy hipoalergiczne: ekstrakty, które uczulają

Długo miałam ten odruch: skoro roślinne, to łagodne. Naiwna byłam.

Kupiłam kiedyś krem z nagietkiem, w pełni przekonana, że akurat ten mnie nie zawiedzie, bo przecież Calendula officinalis to synonim kojenia, tak się przynajmniej mówi. Po dwóch dniach miałam zaczerwienione policzki i totalne rozczarowanie. A prawda jest taka, że ekstrakt roślinny to nie jeden grzeczny składnik, tylko cała mieszanina flawonoidów, fenoli, saponin i garbników, dziesiątki związków w jednej kropli [4], i każdy z nich może uczulać. Podobnie jest z liśćmi moringi, gdzie za działanie odpowiadają te same fitozwiązki [2]. Naturalne pochodzenie niczego tu nie gwarantuje. Dlatego poważne prace nad surowcami roślinnymi i grzybowymi nie kończą się na "jest z rośliny, więc bezpieczne": ekstrakt z liści Pereskia bleo przeszedł testy toksykologiczne, zanim uznano go za bezpieczny [1], a wyciągi z reishi, maitake i soplówki jeżowatej sprawdzano pod kątem cytotoksyczności wobec fibroblastów, keratynocytów i podrażnień skóry, dopiero brak wzrostu ROS dał im zielone światło [3].

Roślinne przechodzi te same sita co reszta. I dobrze.

Aktywność kosmeceutyczna ekstraktu z liści Pereskia bleo
Hamowanie kolagenazy80,1%Hamowanie tyrozynazy74%Hamowanie elastazy48%
Wyniki testów in vitro ekstraktu roślinnego ocenianego równie surowo jak składniki syntetyczne [1]
Dane źródłowe
PozycjaWartość
Hamowanie kolagenazy80,1%
Hamowanie tyrozynazy74%
Hamowanie elastazy48%

Kamfora - naturalna, a jednak z ostrzeżeniami

Kamfora zawsze mi się kojarzy z tymi maściami na obolałe mięśnie, wiesz, taki rozgrzewający balsam po zbyt ambitnym treningu. Wcierasz, a po chwili cała łazienka pachnie jak gabinet fizjoterapeuty. Zapach nie do pomylenia z niczym innym, chyba każda kojarzy.

Długo nie mieściło mi się w głowie, skąd właściwie bierze się kamfora. Bo to nie jest jakiś wymysł chemika w fartuchu, tylko substancja pochodząca z drzewa kamforowego, Cinnamomum camphora. Pozyskuje się ją głównie przez destylację z parą wodną z drewna [5]. Roślinna, w stu procentach.

I właśnie dlatego łatwo wpaść w pułapkę myślenia „skoro z drzewa, to bezpieczna bez ograniczeń”. Otóż nie. Wieki temu używano jej jako składnika perfum i płynów do balsamowania [5], dziś nadal jest substancją zapachową w kosmetykach [5] oraz miejscowym środkiem na drobne bóle mięśni [5]. Ma przy tym szerokie spektrum działania, owadobójcze, przeciwdrobnoustrojowe [5]. Brzmi imponująco, prawda?

Tylko że przy przekroczeniu dawki kamfora niesie realny profil zagrożeń [5]. I tu nie ma znaczenia, czy to „naturalna” kamfora, czy nie. Naturalne nie znosi granicy toksyczności, po prostu ją ma, tak jak każda inna cząsteczka na tej planecie.

Bo tę samą kamforę można pozyskać z drewna albo wytworzyć syntetycznie z terpentyny [5]. Cząsteczka wychodzi identyczna, działa tak samo, niezależnie od tego, czy powstała w lesie, czy w reaktorze. Etykieta z dumnym napisem „naturalna kamfora” niczego tu nie zmienia, ani wpływu na skórę, ani progu, powyżej którego robi się niebezpiecznie.

Pochodzenie to jedno, a dawka i sposób użycia to zupełnie inna sprawa.

Konserwanty: bez nich kosmetyk staje się pożywką

Krem to w gruncie rzeczy emulsja wody i tłuszczu, do tego zwykle dorzucone są ekstrakty roślinne, cukry, proteiny, czyli cała ta lista składników, którą kiedyś ignorowałam, a teraz czytam jak książkę telefoniczną. Dla mojej skóry to odżywka, uwielbia to. Problem w tym, że dla bakterii i pleśni to dokładnie ten sam bufet, tylko one nie mają żadnych skrupułów. Kosmetyki pielęgnacyjne mają wysoki udział wody i substancji odżywczych, więc same z siebie są jak wymarzone środowisko do namnażania się czegokolwiek, co akurat wpadnie do słoiczka. I tu wchodzi konserwant, bez którego zapobieganie namnażaniu drobnoustrojów w ogóle nie miałoby szans, a to właśnie ono decyduje o jakości i bezpieczeństwie kosmetyku [6]. Nie traktuję tego już jako fanaberii producenta, tylko jako coś, czego naprawdę nie da się sobie odpuścić, zwłaszcza w słoiczku, do którego codziennie wkładam palce.

Bo skażony mikrobiologicznie krem to nie jest abstrakcyjne ryzyko, tylko realna szansa na podrażnienie albo infekcję skóry. Z drugiej strony część konserwantów bywa faktycznie problematyczna, niektóre potrafią wywołać podrażnienia, zaczerwienienie, alergię, a nawet stan zapalny skóry [6]. I to właśnie napędza tę całą modę na produkty „bez konserwantów”. Tylko że tu potrzebna jest chłodna kalkulacja, a nie panika: co gorsze, obawa przed podrażnieniem od dobrze dobranego konserwantu, czy realnie zanieczyszczony produkt w łazience.

Miałam kiedyś żel reklamowany jako „świeży, minimalnie konserwowany”. Po kilku tygodniach zmienił zapach, lekko się rozwarstwił. Wyrzuciłam bez wahania. Od tamtej pory na napisy „free” patrzę już dużo mniej entuzjastycznie.

Trwają poszukiwania konserwantów roślinnych, na przykład ekstrakt z wytłoków nasion Camellia oleifera badano pod kątem działania przeciwbakteryjnego i przeciwbiofilmowego [6]. Kierunek uznany za obiecujący, ale i tak trzymam się jednej zasady: naturalny konserwant to wciąż konserwant, i dobrze, że tam jest.

Alergeny zapachowe - tu naprawdę czytam skład

Skład rozłożony na czynniki pierwsze. I wzrok od razu ucieka na sam koniec listy INCI, tam gdzie chowają się linalool, limonene, citronellol.

To alergeny zapachowe. Olejki eteryczne bywają tu mylącym tropem, bo brzmią naturalnie, kojąco, ekologicznie. Kamforę pozyskuje się z drzewa kamforowego przez destylację parą wodną i od wieków ląduje w perfumach, a dziś w kosmetykach działa głównie jako zapach, nie jakiś neutralny dodatek [5].

Nie ma znaczenia, czy dany alergen trafił do słoiczka z olejku eterycznego, czy z probówki w laboratorium, cząsteczka pachnąca zostaje cząsteczką pachnącą niezależnie od pochodzenia.

Uwielbiałam kiedyś krem za zapach cytrusów. Po kilku tygodniach na policzkach pojawiało się drobne, swędzące zaczerwienienie. Odstawiłam go, przeczytałam skład od końca i limonene siedział w pierwszej piątce składników od dołu.

Od tamtej pory przy delikatnej skórze wokół oczu sięgam po wersje bez kompozycji zapachowej, choćby pachniały nudno jak nic. Nie demonizuję zapachów, lubię, gdy krem ładnie pachnie. Ale jeśli skóra reaguje, ta mała czcionka z listą INCI powie ci więcej niż wielkie „naturalne” na froncie opakowania.

Marketing „clean", „free-from" i „bez chemii"

Ile razy kupiłaś krem tylko dlatego, że na froncie było wielkie "free-from"? Ja kiedyś tak zrobiłam.

Odwróciłam opakowanie dopiero w domu. Skład zwyczajny, nic specjalnego. Cena wyższa o połowę od podobnego produktu bez tych haseł. Zapłaciłam za obietnicę, nie za formułę.

Mechanizm jest prosty: etykieta z listą tego, czego nie ma, sprzedaje lepiej niż lista tego, co jest w środku. "Bez parabenów", "bez silikonów" to nie informacja o skuteczności, tylko obietnica bezpieczeństwa oparta na lęku.

"Clean beauty" nie ma definicji prawnej (serio, każda marka rozumie to inaczej). Zwykle chodzi o zamianę syntetyków na roślinne, bo część konserwantów bywa łączona z podrażnieniami [6]. Prawda, ale niepełna, bo roślinny wyciąg też potrafi uczulać. Naturalne substancje przeciwbakteryjne z ekstraktów bada się jako alternatywę, nie dlatego, że syntetyki są "trujące" [6].

Roślinne składniki z solidnym profilem bezpieczeństwa istnieją, testowane pod kątem toksyczności [1]. Ale "bez chemii" nic nie mówi o działaniu. To slogan, nie skład. Czytaj INCI, nie front opakowania.

Tabela porównawcza i werdykt: dla kogo co

Wiesz co, ja dawno przestałam dzielić składniki na dobre i złe. Patrzę na cztery rzeczy naraz.

Bezpieczeństwo surowca, trwałość w słoiczku, częstość uczuleń i to, co zostawia po sobie w środowisku.

Naturalne kontra syntetyczne - cztery kryteria, które sprawdzam
Kryterium Składniki roślinne Sprawdzone syntetyki
Bezpieczeństwo Zależy od gatunku - bywa bardzo dobre [2] Zwykle dobrze przebadane i przewidywalne
Stabilność Często kapryśna, krótszy termin Wysoka, powtarzalna partia po partii
Ryzyko alergii Realne - ekstrakty i olejki uczulają Znane i opisane, łatwiej ominąć
Ślad środowiskowy Zwykle niższy, surowce odnawialne [4] Zmienny, część budzi obawy

Roślinne wyciągi potrafią zaskoczyć na plus. Ekstrakt z liści moringi w jednym z badań trzymał stabilne pH 6,1-6,4 [2]. Ten sam surowiec dawał realną ochronę przeciwsłoneczną [2]. Opisano go jako bezpieczny i zrównoważony surowiec [2].

Stabilność to często pięta achillesowa naturalnych formuł, przekonałam się o tym na własnej skórze.

Pamiętam swój flirt z "w pełni naturalnym" kremem, który zjełczał po 6 tygodniach. Wróciłam do nudnej, stabilnej formuły bez żalu i bez wyrzutów sumienia.

Jeśli skóra jest spokojna, tolerancyjna i zależy ci na mniejszym śladzie środowiskowym, składy roślinne mają sens, zwłaszcza oparte na odnawialnych surowcach, jak kolagen odzyskiwany z rybich odpadów [4], czy wyciąg z nagietka w mikrokapsułkach [4]. Dla skóry reaktywnej stawiam jednak na sprawdzone syntetyki, bo dokładnie wiem, czego unikać.

← Wróć do bloga