Darmowa dostawa dla każdego zamówienia!

Włosy bez mitów: 6 rzeczy, które powinnaś wiedzieć o porowatości, myciu i SLS

Makro tekstury kremu lub serum rozprowadzonego na gładkiej powierzchni - neutralna lniana powierzchnia z miękkimi cieniami

Przez długi czas byłam święcie przekonana, że moje włosy są wysokoporowate. Punkt, kropka, koniec dyskusji. Traktowałam to jak grupę krwi, czyli coś, co się ma raz na zawsze i z czym trzeba żyć, dobierając kosmetyki pod tę jedną, niezmienną etykietkę.

A potem okazało się, że to bzdura.

Porowatość to nie metryka wypisana na stałe w DNA włosa, tylko stan łuski w danym momencie, który zależy od tego, co się z włosem działo ostatnio: farbowanie, suszarka, pogoda, cały ten zestaw. Połowa rad, które kiedyś zbierałam z forów, opierała się na powtarzaniu tych samych haseł, a nie na faktycznej budowie włosa. I szczerze, trochę mi wstyd, ile czasu poszło na kosmetyki dobrane pod mit.

Bo mitów w tej branży jest więcej. Że sebum trzeba usuwać jak najczęściej, bo inaczej katastrofa. Że SLS to wróg numer jeden każdej pielęgnacji. Że mycie co 3-4 dni to jedyna słuszna częstotliwość, bo tak "wypada". Zebrałam sześć rzeczy, które realnie zmieniły moje podejście, i wszystkie opierają się na fizjologii skóry głowy i łodygi włosa, a nie na łańcuszkach powielanych w komentarzach.

Nie obiecuję rewolucji ani jednego cudownego kosmetyku, który załatwi sprawę raz na zawsze. Obiecuję za to trochę porządku w głowie.

Dowiesz się, dlaczego porowatość się zmienia i jak pod nią faktycznie dobrać odżywkę, skąd naprawdę bierze się przetłuszczanie (rzadko chodzi o to, co się myśli), dlaczego nie istnieje jedna poprawna częstotliwość mycia i gdzie kończy się mit o szkodliwości SLS, a zaczyna uczciwe "to zależy". Skóra głowy i długości to dwie różne strefy, które wymagają dwóch różnych strategii, a większość błędów pielęgnacyjnych bierze się właśnie z traktowania ich jednakowo. Odkąd to rozdzieliłam, przestałam kupować kosmetyki w ciemno. Zaczęłam rozumieć, co robię i po co.

Powiązane produkty

ZIAJA KURACJA CERAMIDOWA

5,84 zł
Dostępny

MARION OLEJKI ORIENTALNE

10,79 zł
Dostępny

1. Porowatość to stan łuski, nie typ włosa na całe życie

Szczerze? Już nie mogę słuchać gadania o „typach włosów", jakby to był znak zodiaku. Przez lata sama w to wierzyłam, traktowałam swoją porowatość jak grupę krwi, coś co dostałam przy urodzeniu i z czym muszę żyć do końca życia. No i to było kompletnie błędne podejście.

Bo porowatość to nie jest cecha całego włosa na zawsze, tylko stan zewnętrznej warstwy, czyli kutikuli. Łuski ułożone są jak dachówki na dachu, jedna na drugiej. Kiedy przylegają ciasno, włos jest gładki, ładnie odbija światło i, co ciekawe, trudno go w ogóle nasączyć wodą. Ale gdy te same łuski odstają, między nimi robią się mikroszczeliny. I wtedy zaczyna się zabawa.

Uniesiona łuska chłonie wodę i składniki aktywne błyskawicznie, ale równie szybko je oddaje. Stąd włosy wysokoporowate puszą się zaraz po myciu, wysychają szybciej niż byś się spodziewała, a i tak potrafią być matowe, nawet jeśli wylałaś na nie pół butelki odżywki. Niska porowatość działa dokładnie odwrotnie, kosmetyk siedzi na powierzchni jak przyklejony i włos sprawia wrażenie obciążonego, przytłoczonego.

I teraz najważniejsze. Uniesiona łuska najczęściej nie bierze się z genów. To efekt tego, co robisz z włosami przez miesiące, lata. Farbowanie, rozjaśnianie, prostownica, suszenie gorącym powietrzem, czesanie na mokro, tarcie ręcznikiem po myciu, każdy z tych zabiegów po trochu odgina dachówki. Pamiętam swoje końcówki po serii rozjaśniania, pękate, chłonące wodę jak gąbka, a po wysuszeniu suche jak siano. To nie był „mój typ włosa". To było uszkodzenie, które sama sobie wyprodukowałam.

Dlatego wolę myśleć o porowatości jako o czymś zmiennym w obrębie jednego włosa, nie jako o etykietce na całą głowę. U mnie przy skórze głowy włos bywa niskoporowaty, a na końcach wysokoporowaty, ta sama głowa, dwa zupełnie różne światy. Masz podobnie?

To normalne, bo odrost po prostu nie przeszedł jeszcze tego wszystkiego, przez co przeszły długości. Nowy, zdrowy włos rośnie z gładką łuską, a wysoka porowatość najczęściej to konsekwencja uszkodzeń mechanicznych i termicznych, nie wyrok na całe życie.

Nie da się naprawić raz uniesionej kutikuli na stałe, trzeba to sobie od razu powiedzieć. Można za to przestać ją niszczyć i zaopiekować to, co już jest. Dla mnie to był moment, w którym zmieniła się cała kolejność myślenia, najpierw przestałam szkodzić, dopiero potem zaczęłam dobierać kosmetyki.

2. Jak dobrałam odżywkę do porowatości i czego szukać na składzie

Czy kiedyś kupiłaś odżywkę tylko dlatego, że wszystkie dookoła ją chwaliły? Bo ja tak. Odżywka z olejami i masłem shea, opinie same superlatywy, no to brałam w ciemno. I na moich cienkich włosach skończyło się to oklapnięciem już w dniu mycia. Płasko, ciężko, bez życia. Długo myślałam, że to produkt do kitu, a to nie była wina kosmetyku, tylko mojego kompletnego braku rozeznania we własnej porowatości. Im dłużej testuję różne rzeczy na sobie, tym wyraźniej widzę, że to nie jest kwestia "dobrej" czy "złej" odżywki. Ta sama butelka potrafi jednej dziewczynie dać włosy jak z reklamy, a drugiej przyklejoną do głowy, przetłuszczającą się masę. Cała logika wynika z budowy łuski włosa (brzmi jak lekcja biologii, wiem, ale bez tego ani rusz). Włosy wysokoporowate mają łuskę uniesioną, więc wilgoć z nich ucieka, a końcówki się puszą. Tutaj sprawdzają się emolienty i cięższe oleje: shea, kokosowy, awokado, makadamia. Wygładzają powierzchnię i domykają strukturę włosa. Dobrze działają też ceramidy, bo uzupełniają ubytki w płaszczu lipidowym. Druga skrajność to włosy niskoporowate, gdzie łuska przylega tak ściśle, że trudno cokolwiek do niej wepchnąć. Ciężkie masła tylko osiadają na powierzchni i obciążają. Tu lepiej sprawdzają się lekkie humektanty, czyli gliceryna, pantenol, aloes, oraz oleje o drobniejszej budowie, jak jojoba czy słonecznik. A proteiny? To osobny rozdział i chyba najczęstsza pułapka, w jaką można wpaść. Keratyna, kolagen, proteiny jedwabiu czy pszenicy potrafią naprawdę wzmocnić osłabiony włos. Ale stosowane za często robią dokładnie odwrotnie. Przebudowanie białkowe poznasz po włosach szorstkich, sztywnych jak słoma, łamiących się przy czesaniu. U mnie objawiło się po kilku tygodniach codziennego używania "regenerującej" maski z keratyną, zamiast mocniejszych pasm dostałam plątaninę, która kruszyła się na szczotce. Z proteinami trzeba balansować, zwłaszcza przy niskiej porowatości.

  • Wysoka porowatość: masło shea, olej kokosowy i awokado, ceramidy, lipidy domykające łuskę.
  • Niska porowatość: gliceryna, pantenol, aloes, lekka jojoba, proteiny tylko okazjonalnie i w niewielkim stężeniu.

Skład czytaj od góry, im wcześniej dany składnik się pojawia, tym więcej go w formule. I obserwuj włosy po kilku myciach, bo one powiedzą ci więcej niż jakakolwiek etykieta.

3. Sebum, skóra głowy i prawdziwy powód przetłuszczania

Przez lata byłam przekonana, że im rzadziej myję głowę, tym mniej się przetłuszcza.

Miałam nawet swoją teorię: nie zmywasz sebum, gruczoły się nie panikują i produkcja sama hamuje. Odstawiałam szampon na dłużej, czekałam cierpliwie na efekt. No i doczekałam się. Trzeciego dnia swędzenie i tłusty, matowy nasad.

Gruczoły łojowe mają swój rytm i on zależy od hormonów, genów, typu skóry, nie od tego, jak często sięgasz po szampon.

Mycie nie wysyła sygnału "produkuj więcej", usuwa tylko to, co już powstało, reszta zostaje bez zmian. Cały mit o rozkręcaniu produkcji łoju częstym myciem to właśnie mit.

Liczy się skóra głowy, nie długość włosów, a na niej żyją gruczoły i mikrobiom, cała społeczność mikroorganizmów współpracująca z sebum. Zbyt agresywny detergent albo zbyt rzadkie mycie przy tłustej skórze zaburzają tę równowagę i dają efekt odwrotny do zamierzonego. U mnie skóra głowy jest tłusta, więc dopasowałam częstotliwość mycia do siebie, nie do cudzych zasad. U ciebie może działać zupełnie inaczej. Jednej słusznej odpowiedzi tu nie ma, o samej częstotliwości mycia jeszcze powiem w kolejnej części.

4. Jak często naprawdę myć głowę - i dlaczego nie ma jednej odpowiedzi

Kiedyś żelazna zasada "co drugi dzień" była dla mnie świętością. Trzymałam się jej z uporem godnym lepszej sprawy, nawet gdy włosy krzyczały, że mają dość.

Problem w tym, że nie ma jednego harmonogramu mycia głowy, który pasowałby każdej skórze na świecie, a ja słyszałam przez lata najróżniejsze wyrocznie: co drugi dzień, raz w tygodniu, nigdy codziennie, zawsze podawane z taką pewnością, jakby istniał jeden uniwersalny plan dla wszystkich głów. Tymczasem moja skóra głowy i skóra mojej koleżanki, która biega 6 razy w tygodniu, działają w zupełnie innym rytmie i szczerze mówiąc uważam, że to akurat jest w porządku, bo każda głowa ma swoje prawo do własnego tempa. Bo częstotliwość mycia zależy od naprawdę wielu rzeczy naraz: od tego jak szybko przetłuszcza się skóra (różnice bywają ogromne), od długości i gęstości włosów (krótkie, cienkie oklapną od sebum dosłownie w jeden dzień, długie i gęste potrafią maskować przetłuszczenie znacznie dłużej), od poziomu aktywności fizycznej, potu, czapki wełnianej zimą, od ilości pianek, suchych szamponów i lakieru, które osiadają na skórze podczas stylizacji, a nawet od tego czy włosy są proste czy mocno kręcone, bo skręt spowalnia wędrówkę sebum po długości.

Pamiętam lato, upał, umyłam włosy rano, a wieczorem tego samego dnia poczułam, że u nasady są już ciężkie i matowe. Zignorowałam ten sygnał, bo "jeszcze nie pora", przecież kalendarz mówił inaczej. Efekt był taki, jakiego można się spodziewać: góra włosów przyklapnięta, rozczarowanie przy lustrze. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to głowa ma mi mówić kiedy myć, a nie jakaś kartka z harmonogramem.

Odczytywanie tych sygnałów brzmi górnolotnie, ale w praktyce jest banalne. Wystarczy dotknąć skóry u nasady po przebudzeniu: jeśli czujesz wyraźny tłuszcz, pasma się sklejają albo pojawia się nieświeży zapach, to pora na mycie. Jeśli włosy wciąż są lekkie i puszyste, możesz spokojnie poczekać. Osobna sprawa to swędzenie, łuszczenie i napięcie skóry, bo to może oznaczać zarówno że myjesz za rzadko, jak i że przesadzasz z mocnym szamponem i wysuszasz skórę.

Zamiast sztywnej liczby dni stosuję teraz proste ramy. W dzień treningowy albo przy mocno spoconej skórze myję głowę, nawet jeśli "teoretycznie" jeszcze nie powinnam. Gdy włosy są lekkie i czyste u nasady, odpuszczam mycie i cieszę się wolnym wieczorem. A przy dużej ilości stylizacji czy suchego szamponu w ciągu tygodnia planuję dokładniejsze oczyszczenie, żeby skóra mogła odetchnąć.

Sama próbowałam zmienić rytm mycia i wiem jedno: to nie dzieje się z dnia na dzień. Skóra potrzebuje czasu, żeby wyregulować produkcję sebum, więc przez pierwsze tygodnie może protestować. Zanim ocenisz, czy nowy rytm ci służy, daj jej po prostu szansę.

5. Wyważona prawda o SLS: kiedy szkodzi, a kiedy jest niewinny

Długo kupowałam wyłącznie szampony z napisem „SLS-free”, przekonana, że robię dla włosów coś dobrego, a potem zauważyłam, że część z nich myła słabo i i tak musiałam aplikować drugi raz. Okazało się, że cała ta czarna legenda SLS to spore uproszczenie: sodium lauryl sulfate to zwykły detergent anionowy, który wiąże tłuszcz i brud, a przy okazji daje gęstą pianę kojarzącą się z czystością. Problem w tym, że krąży w internecie w jednym worku z „toksynami”, co jest nieporozumieniem.

Kluczowe są stężenie i czas kontaktu, a w szamponie detergent zostaje na skórze głowy tylko kilkadziesiąt sekund i jest spłukiwany.

Marketing „free from” sprzedaje nieobecność, nie jakość receptury.

Przy atopii czy mocno zniszczonych długościach lepiej wybrać łagodniejsze detergenty, reszta może traktować SLS bez paniki.

6. Dwie strefy, dwie strategie: pielęgnacja skóry głowy kontra długości

Jedna głowa, dwie zupełnie różne potrzeby. Długo o tym nie wiedziałam.

Latami ten sam szampon i ta sama odżywka od nasady po końce. Nasada tłusta do wieczora, końcówki suche jak siano.

Skóra głowy to teren oczyszczania: dokładny szampon, masaż opuszkami, czasem peeling enzymatyczny, gdy czuję napięcie u nasady. Niczego jej nie obciążam, więc oleje i maski trzymam z daleka. Długości to inna liga: nawilżenie i domknięcie łuski. Odżywkę nakładam od połowy w dół, nasady nie dotykam wcale, a na suche końce idzie serum albo olej.

← Wróć do bloga